„Dezinwestycja” – czy to boli?
W biznesie, tak jak w dobrym filmie akcji, czasem trzeba wiedzieć, kiedy… odciąć zbędny balast (kultowa scena z „Piratów”).
Wszyscy kochamy wzrosty i nowe projekty. Ale co, gdy niektóre z nich stają się „pustymi kaloriami”? Wtedy wchodzi termin, który brzmi groźnie: Dezinwestycja. 📉
Dla wielu „Charyzmatycznych Przywódców” (a wiemy, jak silne to osobowości!) pozbycie się części firmy brzmi jak przyznanie się do porażki. A to błąd.
Case study z mojego podwórka:
Realizowałem proces inkorporacji spółki właścicielskiej przez globalnego gracza. 300 osób na pokładzie, duma Właścicieli. Jako „człowiek od zadań specjalnych” (taki Wolf, tylko bez smokingu 😎) przyjrzałem się sprawie:
Analiza: Sprawdziliśmy rentowność każdej linii biznesowej.
Szok: Kilka milionów „przychodu” generowało czystą stratę.
Decyzja: Wycinamy.
Efekt? Pozytywny dla obu stron! ✨
Odsprzedaliśmy sprzęt i umowy… pracownikom. Oni, działając „po drugiej stronie ulicy”, bez korporacyjnych kosztów i presji Zarządu, zrobili z tego świetny, „garażowy” biznes. Byli szczęśliwi, a nasza spółka poprawiła zyskowność.
Wnioski dla doradców i Właścicieli: Dezinwestycja to nie kapitulacja.
To profesjonalne czyszczenie pola pod nowe zwycięstwa. Czasem, żeby uratować całą „tarantinowską” ekipę, trzeba poświęcić jedną scenę. A Quentin robi to często.
Pytanie do moich znajomych Prawników i Doradców:
– Jak przekonujecie Właścicieli, że „mniej znaczy więcej”?
– Czy termin „dezinwestycja” wywołuje u nich dreszcze, czy raczej biznesową ciekawość?
Ps.
Słynne powiedzenie „Never let a serious crisis go to waste” (Nigdy nie pozwól, aby poważny kryzys się zmarnował / Każdy kryzys trzeba wykorzystać) zostało spopularyzowane przez Rahma Emanuela. Amerykański polityk, który w 2008 roku, jako szef sztabu (Chief of Staff) prezydenta-elekta Baracka Obamy, wypowiedział te słowa w kontekście światowego kryzysu finansowego.


